Podsumowanie UFC 241
Zdjęcie: CBS Sports

Podsumowanie UFC 241 – Cormier vs. Miocic

Jak nie poświęciliście sobotniej nocy na oglądanie UFC 241, to żałujcie i to bardzo. Nie tylko dlatego, że oglądanie powtórek Gal, to lizanie lizaka przez papierek, ale przede wszystkim przez piekielnie wyrównane starcia, w których do samego końca nie było pewne kto wygra. A tak, jak już wiesz ze wszystkich możliwych portali kto zwyciężył, to dupa. Znaczy pardon – nie to samo.
Podsumowanie UFC 241 – Cormier vs. Miocic

Oj było na co popatrzeć. Opowiem Wam o 6 walkach, w tym 4 z karty głównej. Wykluczam rywalizację Brunsona z Heinischem, bo z całym szacunkiem dla obu walczących – była dosyć słaba. Obaj nie pokazali dobrego kardio, szczególnie 26 letni Heinisch, który wyglądał, jakby miał zadyszkę już od drugiej rundy. Zdecydowanie ciekawsze były dwa starcia na undercardzie – Devonte Smith kontra Khama Worthy oraz Assuncao Sandhagen (nie wiem, czemu ta walka nie była na karcie głównej – na papierze wyglądała dużo atrakcyjniej, niż Brunson kontra Heinisch).

Smith vs Worthy. Zawodnicy o zbliżonych warunkach i – co pokazała walka – również zbliżonych możliwościach. Co ciekawe obaj znają się dosyć dobrze, zarówno prywatnie, jak i sportowo – wielokrotnie razem trenowali. I to w tej walce było widać. Mało ryzyka, bo każdy wie, na co stać przeciwnika. Mało złości, więcej kurtuazji, chęci pokonania rywala w takiej fair clean fight. No i taka to była walka, trochę okopywania, trochę wymian z dystansu i nagle zupełnie znikąd „bum” – Smith uderza, ale niedokładnie, nadziewa się na kontrę Worthiego, która trafia go za ucho i jest po walce. Zaskoczenie było ogromne – vegas odds stawiały Smitha w roli ogromnego wprost faworyta (ponad -1000), szczególnie że Worthy wziął walkę w…niedzielę. Za to wszystko otrzymał bonus pozbawiając tego przywileju Yussufa – nie wiem, czy słusznie.

Co ciekawe ten nokaut był jedynym na całym undercardzie (licząc zarówno early, jak i prelimsy właściwe), zatem jak łatwo się domyślić drugie starcie które chce opisać, czyli Assuncao vs Sandhagen odbyło się na pełnym dystansie. Obaj zawodnicy byli przedstawiani, jako potencjalni kandydaci do walki o mistrzostwo. Assuncao to weteran – ma za sobą walki z TJ Dillashaw, Marlonem Moraesem, Aljamain Sterlingiem i co więcej – z każdym z nich wygrywał. Jak skomentował to Rogan pokonał niemal każdego w tej kategorii wagowej. Zatem przed młodym i piekielnie zdolnym Sandhagenem stało największe wyzwanie w jego karierze. A ta już teraz jest imponująca. 11-1, 4-0 w UFC, na rozkładzie John Lineker – ależ zapowiadało się starcie.

Cała pierwsza runda była pokazem umiejętności młodszego z zawodników. Numer 3 w rankingu Raphael Assuncao był w zasadzie bezradny. Rywal świetnie wykorzystywał przewagę zasięgu, znakomicie zmieniał postawę z tradycyjnej na mańkuta, trafiał także nogami, unikał ciosów w klinczu, Brazylijczyk nie był także w stanie go obalić. W zasadzie Corey robił w tej rundzie co chciał – zbliżał się uderzał, cofał się i już był nieosiągalny. Jak mawiają Amerykanie in and out. Co mogło być siłą Raphaela w drugim starciu? Kolejna runda pokazała jak bardzo zasadne jest to pytanie. Błąd Sanhagena – Assuncao sprowadza go na ziemię, zanosi się, że będzie miał plecy, tyle że jego rywal się świetnie odwraca i wreszcie sam zyskuje przewagę w parterze. Sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie – cały czas parterowe szachy – tu atak na nogę, tam uderzenia z góry, nogami na ramię (Brazylijczyk), znowu przewaga pozycji (Sandhagen). I tak wygląda cała runda – zdecydowanie bardziej wyrównana, niż ta pierwsza. Jak na dłoni widać, że jedyna szansa dla Brazylijczyka, to parter, ale i w nim nie będzie miał przewagi. Słusznie konstatuje to w trzeciej rundzie Rogan – Assuncao jest wręcz przytłoczony liczbą możliwości, które ma jego rywal, przy bardzo małej ilości własnych. I tak to wygląda już do końca – skrócenie dystansu przez Brazylijczyka – pojawia się jego szansa. Ale Corey świetnie się broni, zrzuca go z siebie i kontynuuje swoją grę – dystans, ciągły napór, świetne odskoki i zmiany pozycji. Nikogo już nie dziwi, że numer 8 w rankingu był przez bukmacherów wyżej ceniony, niż numer 3. Sandhagen wygrywa 30-27, 30-27 i 29-28. Zasłużenie. Zamknął opcję jednemu z najlepszych zawodników w tej kategorii wagowej na świecie. Jak powiedział w wywiadzie – wszyscy stopniowo przekonają się, jak jest dobry i co może z nimi zrobić. Warto obserwować tego zawodnika. Raz jeszcze podkreślę, to aż dziwne że ta walka nie znalazła się w karcie głównej, bo ona naprawdę mogła wyłonić zawodnika do walki o najwyższe cele, jeśli nie o pas, to o bycie (albo wypadnięcie) w top 5, czy top 3. Traktuje to jako ukłon w stronę stałych użytkowników fight pass – dzięki UFC.

Dobra. Bum – karta główna. Yussuf vs Benitez. Meksykanin przedstawiany był, jako solidny zawodnik. Rekord może nie zachwycał – 21-7, 5-3 w UFC, ale highlighty robiły dobre wrażenie. Nigeryjczyk ciekawiej – 10-1, 3-0 w UFC i zwycięstwo w szóstym odcinku Contender’s series (drugi sezon – dane za Sherdogiem, jakby się okazało że jednak sezon trzeci, albo coś w tym stylu i ktoś bardzo potrzebuje się przypieprzyć). Nic dziwnego, że za faworyta uchodził właśnie Sadiq Yussuf.
Od początku dobre wymiany, świetnie ułożona technika u obu zawodników, ale to Nigeryjczyk przeważa. Mamy dobre kopnięcia i dobre ciosy pięściami – nikt nie myśli, ani o obaleniach, ani o klinczu. Koło trzeciej minuty Yussuf przestaje mieć przewagę, a chwilę później ląduje na tyłku, niczym Nate Diaz w walkach z McGregorem. Ale tak jak i gangster z Kalifornii, Sadiq wstaje. Meksykanin nie próbuje go dobić, stara się walczyć mądrze, ale dzięki temu Yussuf dochodzi do siebie i na kilkadziesiąt sekund przed końcem pierwszej rundy wyprowadza fantastyczny cios. Bum, Meksykanin już leży i przyjmuje kolejne ciosy. Herb Dean wkracza do akcji. Nigeryjczyk to naprawdę obiecujący zawodnik – 26 lat, a już całkiem wysoko na karcie. Mam nadzieję, że zobaczymy go jeszcze w niejednej walce w UFC. Tak jak wspominałem Sadiq nie dostał bonusu za występ wieczoru, szkoda myślę że bardziej na niego zasłużył, niż Khame Worthy (jego walka w pewnym momencie zbierała soczyste gwizdy), ale wydaje się że w przypadku tego ostatniego górę wziął fakt bycia solidnym underdogiem. Zabawny był moment wywiadu po walce, kiedy Yussuf zapytał Rogana, czy przyznałby mu bonus, na co Joe – milioner – powiedział, że gdyby miał kasę, toby mu dał…Jednak co komik to komik.

No i pierwsza z trzech zdecydowanie najważniejszych walk tego wieczoru. Yoel „Żołnierz Boga” Romero – numer dwa w rankingu średniej (za Whittakerem i Adesanya) kontra wspinający się po tej drabince drabince (numer 7) Paolo Costa. Kubańczyk 42 lata. Brazylijczyk kilkanaście mniej. Do tego młodszy z zawodników ma styl budzący wprost przerażenie – imadło w rękach, świetna eksplozywność. Słowem szanse kubańskiego zapaśnika można było upatrywać raczej w parterze. Nic z tych rzeczy. Yoel ani myślał wylegiwać się na rywalu przez całe rundy, jak nie przymierzając Khabib, tylko chciał dać dobrą walkę. Nawet kosztem porażki i ryzyka KO. I za to go szanuję (oczywiście nie odbieram umiejętności zawodnikom w stylu Plecaka, czy Tiramisu – po prostu ten styl lubię trochę mniej). Ale to nie cała prawda o tej walce, tzn. rzecz nie tylko w tym, że Yoel prał się z Costą przez trzy pełne rundy. On to robił w szalonym wprost stylu, co chwilę wystawiając język zapraszając do dalszego natarcia, przyjmując ale i oddając ciosy. Zupełne szaleństwo i pokaz tak nieprawdopodobnej wytrzymałości szczęki, że aż ręce same składają się do oklasków. Dla mnie wygrał Żołnierz Boga, ale też nie ukrywam – po prostu go lubię, zatem może nie jestem obiektywny. W moich oczach złamał on młodego Brazylijczyka pokazując mu, że czysta siła i eksplozywność (trochę jak młody Belfort), to nie wszystko. W tym stawie są większe szczupaki. Ale tak, jak powiedział Andrzej Janisz – tak naprawdę nie jest ważne kto wygrał na kartach, bo wygrali obaj. Tak jak i my wszyscy dostając fantastyczną walkę słusznie nagrodzoną bonusem za walkę wieczoru.

Paulo Costa Yoel Romero

Lecimy dalej – Diaz wraca po 3 latach – co może być bardziej kręcącego? I to powrót zawodnika, który nie był na emeryturze, nie dostawał lania w co drugim starciu, nie – wracał zawodnik aktywny, który w 2016 roku stoczył dwie walki swojego życia. Nie dojdziemy czemu miał taką przerwę. Jego zdaniem UFC nie dawało mu dobrych rywali. Z innych źródeł były przecieki, że chciał nierealistyczne gaże. Nie dowiemy się. Ale wrócił i to wrócił na hell of a fight, bo z byłym mistrzem, autorem najlepszego KO w historii MMA – Anthonym Showtime Pettisem. Ciężko było wytypować w tej walce faworyta. Po pierwsze forma Diaza była zagadką, po drugie obaj, to zawodnicy kompletni, obdarzeni zarówno świetną stójką, jak i parterem. Więc w oktagonie musiało być gorąco. I było – lepiej zaczął Pettis. Trafiał mocniej i celniej, Diaz wyglądał jakby był jednak trochę zardzewiały. Nie wykorzystywał przewagi zasięgu, częściej klinczował. Wydawało się, że to może się dla niego skończyć niekoniecznie dobrze. Ale wraz z upływem czasu było lepiej. Pojawił się ten szalony wolumen ciosów, doszły do tego obalenia i znakomita aktywność w parterze – już na końcu pierwszej rundy był za plecami Showtime’a. Jeśli o zwycięstwie w pierwszej rundzie możemy jeszcze dyskutować, tak dwie kolejne były już tylko pokazem siły Nate’a. Ale po kolei. Pierwsza połowa drugiej rundy, to całkiem wyrównane starcie – dobre wymiany z obu stron, wciąż walka może iść w obie strony, czego najlepszym dowodem są statystyki – na 2 minuty (mniej więcej) przed końcem, czyli po 8 minutach walki, mamy 34-31 w znaczących ciosach dla Nate’a. Wszystko w moim odczuciu zmieniły właśnie te dwie minuty. Po pierwsze narzucenie swojego planu gry – Diaz zamyka Pettisa pod siatką, nie daje mu rozwinąć skrzydeł, klinczuje, zadaje dużo ciosów – rywal owszem odpowiada, ale rzadziej i słabiej. Po drugie kolana – kilka soczystych ciosów sprawia, że Anthony ma powoli dość. Po trzecie – co jest tylko pochodną #1 i #2 – kardio. I tak legendarna już wytrzymałość braci Diaz nakłada się na coraz większe spustoszenie, które sieje w ciele Showtime’a Nate. Nic dziwnego, że w przerwie pomiędzy kolejnymi rundami trener Pettisa – „Duke” Rufus – jest wściekły na swojego podopiecznego. Jego reprymenda i rady nic jednak już nie zmieniają. Trzecia runda, to absolutny już festiwal Diaza, po którym możemy być pewni, że nie wrócił gorszy, starszy, czy zardzewiały. Wrócił w wielkim stylu, gotów na kolejne wyzwania. Sędziowie dają 30-27, 30-27 i 29-28, czyli bardzo słuszny werdykt. Diaz w swoim stylu podczas wywiadu z Roganem siarczyście fuckuje na lewo i prawo, zwracając także uwagę, że nie ma już z kim walczyć, bo nie ma już prawdziwych gangsterów, poza nim i… Jorge Masvidalem. Obyśmy jeszcze w tym roku zobaczyli takie starcie…

Po tym, co już widziałem w tej gali ostatnia walka mogła już być nawet nudna. Dostałem co chciałem, nawet myślę – jak się szybko skończy, to pójdę szybko spać – i tak było dobrze. No tylko że nic z tych rzeczy…

DC po wygranej w pierwszej walce zaczął być nazywany (zupełnie niesłusznie) GOATem, najlepszym ciężkim w historii (tu już prędzej, bo fakt – jest jednym z najlepszych), który zdetronizował na tym fotelu właśnie Miocicia. Daniel uwierzył chyba w to, że jest nie do ruszenia, że żaden cios nie zgasi mu już światła, jak słynne kopnięcie Jona Jonesa i tak właśnie postanowił walczyć. Mało tu było kalkulacji, jeszcze mniej zapasów (a szkoda patrząc z jego perspektywy), wyglądało na to, że plan będzie polegał na przyjmowaniu ciosów, wyłapywaniu na rękawice części z nich i biciu z bliska. W pierwszej rundzie działało. Stipe więcej przyjmował, nie mógł się rozkręcić. Raz spektakularnie wylądował w powietrzu (Daniel trzymał go przez jakieś 10 sekund). Wydawało się, że scenariusz z pierwszej walki może się powtórzyć. Ale runda druga i trzecia tego nie potwierdziły. Amerykanin chorwackiego pochodzenia zaczął wykorzystywać swoją przewagę zasięgu i techniki. Trafiał w różnych płaszczyznach – DC świetnie to znosił, niemało również wyprowadzał – walka była więc wyśmienita, ale zacząłem mieć wątpliwości, kto w mistrzowskich rundach będzie faworytem. I całkiem słusznie, ale nie było to efektem, tylko tej poprawy bicia z dystansu w wykonaniu Stipe, ale też kluczowej rady, której udzielił mu w przerwie trener (zasłużył facet na solidną premię od swojego podopiecznego) – bij w korpus, najlepiej w wątrobę. Niby nie do końca logiczne, bo Daniel jest dużo niższy, otłuszczony, więc ani to nie jest intuicyjne, ani wygodne, ani nie musi poskutkować. Ale działało. Między innymi dlatego, że DC nie potrafił się dostosować do nowej taktyki Miocica. Cały czas ręce wysoko, żeby wyłapywać ciosy idące na twarz. Cały czas zbliżanie się, żeby móc wyprowadzić cios, taki jak w pierwszej walce. Więc raz za razem ta pięść lądowała na jego korpusie. I to zazwyczaj w okolicach wątroby. Takich ciosów było chyba 5, 6, czy nawet 7. Cormier trzymał fason, ale widać było, że go to cholernie boli. Kardio, które tracił już w poprzednich rundach teraz boleśnie dało znać o sobie. Zwalniał, zwalniał i wreszcie bum. Miocic łapie go przy siatce i okłada tak, że DC osuwa się po ścianie oktagonu. Sędzia musi zainterweniować, a Cormier musi stracić swój pas. Stipe triumfuje tańcząc, jakiś zabawny taniec, nie wiem czy bardziej ludowo chorwacki, czy bardziej country, ale kto by się tym przejmował.

Świetna walka, świetna gala i fantastyczne jej zwieńczenie. Chorwat z Ohio znowu jest mistrzem i znowu rozdaje karty. Czy teraz czeka nas dopełnienie trylogii? A może rewanż z Ngannou? Jedno jest pewne UFC nie posadzi go znowu na ławce i nie każe mu czekać.
Stipe Miocic ubija Daniela Cormiera

Zdjęcie: Forbes

Gorzej z Cormierem. Chciał kończyć karierę – liczył na money fight z Lesnarem. Mówiono o jego trzecim starciu z Jonesem. Teraz nic nie jest już takie oczywiste. Raczej kariery w tym momencie nie skończy, ale już zwieńczenia na miarę bycia wymienianym w gronie GOATów już nie będzie. Jak słusznie zauważyli polscy komentatorzy – to zwiększa szansę na walkę Jones-Błachowicz, no bo na JBJ – DC mało kto jeszcze liczy.

Co mnie niezmiernie zdziwiło w tej walce, to ten brak zapasów ze strony Cormiera. Nie mówię, że miał tylko przytrzymywać rywala przy ziemi, jak już sami wiecie kto, ale kurde – iść na taką wojnę z Miociciem? Wydaje mi się, że DC za bardzo uwierzył w swoje możliwości, a że oczywiście ma je ogromne, to jednak trochę szkoda.

No i tyle. Super gala, jedyny minus, to ta walka Brunsona i zupełnie niepotrzebne wrzutki Andrzeja Janisza pod adresem Yoela Romero i…Herba Deana. Szczególnie w wypadku tego ostatniego naprawdę nie wypada.

Tekst: Krzysztof Schechtel

Przeczytaj także: Stipe Miocic ubija Daniela Cormiera w 4 rundzie! [WIDEO]

Kategorie
UFC

Napisz komentarz

*

*

Powiązane