Jon Jones Georges St-Pierre Anderson Silva
źródło: UFC

Georges St-Pierre, Jon Jones i Anderson Silva – trzej muszkieterowie UFC

Schyłek trzech wielkich mistrzów zbiegł się w czasie z rozwojem kariery trzech innych zawodników.

Trzy największe nazwiska w dotychczasowej historii UFC: Georges St-Pierre, Jon Jones i Anderson Silva.

Kanadyjczyk Georges St-Pierre musiał podnieść się po porażce z Serrą i wyrównać rachunki z Hughsem. Mając pas tymczasowy i na koncie wcześniejsze zwycięstwo z pnącym się w rankingach Koscheckiem (UFC 74), musiał już tylko czekać na wyzdrowienie Serry i rewanżową walkę z ówczesnym mistrzem. W tym wypadku wystarczyły tylko cztery miesiące.

19 kwietnia 2007 roku UFC 83 Bell Center, Montreal, Quebec, Kanada.

Walka wieczoru o tytuł niekwestionowanego mistrza świata kategorii półśredniej – ulubieniec publiczności i równocześnie challenger – Georges St-Pierre przeciwko swojemu sensacyjnemu pogromcy, mistrzowi Mattowi Serra. Dla Kanadyjczyka ma być to ostatni krok w powrocie na szczyt i równocześnie pomszczenie jego jedynej dotychczas nie powetowanej porażki. Dla Amerykanina udowodnienie, że jego mistrzostwo nie było przypadkowe, że to nie jest tak, że akurat trafił na gorszy dzień wielkiego GSP.

Tłum jest absolutnie rozszalały, jak zawsze kiedy w Quebecu walczy ich bohater. Gasną światła, rozbrzmiewa muzyka na wejście Kanadyjczyka, a kiedy na ekranach pojawia się sam GSP – tym razem w czerwonym kimonie – mamy apogeum szaleństwa. Za Rushem jak zawsze Firaz Zahabi i zespół z Tri Star Gym. Komentuje Goldberg i Kenny Florian. Po chwili GSP w czarnych spodenkach z lilią symbolizującą Quebec już biega po oktagonie.

Po nim wchodzi aktualnie panujący mistrz. Wyluzowany, cały na czarno, przy dźwiękach ostrej muzyki.

Czy wierzy w możliwość ponownego pokonania Rusha? Czy oglądał jego walki z Koscheckiem i Hughesem? Jeśli tak, to wie, w jak niesamowitej formie jest George. Poza tym jest od niego wyższy, z lepszym zasięgiem, młodszy, o lepszych zapasach i dynamice. Ale może Serra na to nie zważa? Może liczy na swój mocny cios i ponowne zaskoczenie rywala?

Buffer przedstawia obu zawodników, dla George’a owacje, dla Serry gwizdy – widownia jasno daje do zrozumienia kto jest ich faworytem. Yves Lavigne jako trzeci w oktagonie. Start, rytualne dotknięcie rękawic i Serra po kilku sekundach ląduje na ziemi. Georges St-Pierre niczym w walce z Hughesem – cholernie dynamiczny i aktywny w parterze. Serra kręci się pod nim jak przewrócony na plecy żółw. George skacze wokół niego, raz jest w pół gardzie, raz udaje się Serrze wrócić z powrotem do pełnej.

GSP uderza, przesuwa, a kiedy rywal chce wstać – ciska nim z powrotem o ziemię. Twarz Matta wyraża bezradność. Kiedy wreszcie wracają do stójki, to George jest lepszy – wyprowadza cudowny superman punch, aby po chwili znowu obalić przeciwnika. Kilka ciosów w parterze i równo z gongiem wyprowadzone soczyste kolano na tułów. Pierwsza runda dla Kanadyjczyka i to zdecydowanie. Dominacja jest chyba jeszcze większa, niż w przypadku walki z Hughsem.

Co może odmienić w drugiej rundzie niższy i wolniejszy, wciąż jeszcze niekwestionowany mistrz?

Jak się okazuje niewiele – po chwili znów ląduje na plecach. GSP na nim – silniejszy, większy, lepszy technicznie. Kiedy wracają do stójki Serrze udają się dwie rzeczy – unika po raz pierwszy obalenia i próbuje wyprowadzić high kick – co prawda Rush go wyłapuje, ale robi to wrażenie zważywszy na różnicę wzrostu. Po chwili znów jest jednak bezradny – Kanadyjczyk obija go prostymi w stójce i znowu obala. Wydaje się, że GSP ma w głowie ich poprzednią walkę i nie wykorzystuje swojej przewagi w wymianach bokserskich, niemal całkowicie nastawiając się na parter.

Tylko czy można mu się dziwić, kiedy obala rywala niczym dziecko, potem kontroluje, jak nieopierzonego młodziaka, obija, przechodzi gardę, wreszcie pod koniec drugiej rundy zaczyna uderzać raz za razem kolanem w odsłonięty bok rywala. Ciosy są potworne i na kilkanaście sekund przed końcem drugiej rundy sędzia wkracza, żeby oszczędzić dalszego bólu Amerykaninowi. GSP zostaje mistrzem świata, którego to tytułu – co wiemy już dzisiaj, nigdy w oktagonie nie straci. Chyba że – daj Boże wróci, żeby wyjaśnić pewnemu Rosjaninowi, kto miał najbardziej dominujące zapasy w historii.

Ale wróćmy do Quebecu.

Rush zwraca się najpierw po francusku do swoich fanów, potem wyjaśnia Florianowi, że przyjął bezpieczną strategię wymęczenia i zdominowania rywala. Będzie ją realizował jeszcze wielokrotnie przez kilka kolejnych lat. Obiecuje Serze walkę numer 3 i że pójdzie z nim na piwo. Nie wiem, jak z tym ostatnim, ale do zamknięcia trylogii nigdy nie doszło.

W okresie, który dzisiaj opisuję Rush zawalczy jeszcze jeden raz i będzie to dla niego pierwsza skuteczna obrona tytułu mistrzowskiego. Jego rywal – Jon Fitch jest wówczas po 16. zwycięstwach z rzędu (!). Osiem spośród nich odniósł w UFC. Dwie wiktorie były szczególnie ważne – z Thiago Alvesem oraz z niezapomnianym Diego Sanchezem, który w tamtym momencie mógł się pochwalić rekordem 17-1 i między innymi zwycięstwami nad Kennym Florianem, Nickiem Diazem i Karo Parisianem. Zatem Fitch pokonując go w naturalny sposób stał się murowanym kandydatem na challengera. I tak się stało – UFC 87 Seek and destroy – Georges St-Pierre kontra Fitch w walce wieczoru.

Kolejna wielka walka Kanadyjczyka, 5 pełnych rund, czyli coś, co stało się później jego wizytówką.

Dominujące zapasy, które od walki z Koscheckiem określono mianem best in the business były zabójczą bronią przeciw każdemu, kto spróbował stanąć naprzeciw Kanadyjczyka. Nikt inny nie potrafił z taką łatwością wybierać tego, gdzie walka będzie się odbywać – obalał z najwyższą łatwością, płynnie przechodząc po chwili do świetnych wymian w stójce. Kontrolował rywala na ziemi w sposób, który frustrował. Nie wiem, czy dopiero Khabib nie okazał się być kimś, kto może się w tym zakresie z nim równać. Moment, który w tym miejscu opisujemy był momentem szczególnym, ponieważ po raz pierwszy w tym samym czasie mistrzami byli dwaj wspaniali zawodnicy – Georges St-Pierre i Anderson Silva.

Ale na tej samej gali, na której w walce wieczoru Georges St-Pierre pokonał Jona Fitcha zadebiutował inny zawodnik. Człowiek, który w tamtym momencie jest raptem po kilku latach ćwiczenia sportów walki. Jest młodziutki – 21 lat i 6 walk na swoim koncie.

Jon Jones.

Zawodnik wybitny i obdarzony chyba największym naturalnym talentem do tej dyscypliny, jaki kiedykolwiek się pojawił. Można nazwać go Michaelem Phelpsem MMA, chociaż pewnie niektórzy będą widzieli większą analogię do Lance’a Armstronga. Tak, czy owak ten fantastyczny zawodnik i najbardziej dominujący mistrz wszech czasów, rozpoczyna swoją karierę właśnie teraz, pokonując przez decyzję Andree Gusmao. Start wielkiego Bonesa staje się faktem.

Ponieważ kolejna walka Jona przypada na UFC 94, to pozostawmy go w tym punkcie i przejdźmy do trzeciego z opisywanych w tym akapicie mistrzów, czyli do Spidera.

Anderson Silva zawalczy najwięcej razy w okresie, który wzięliśmy pod lupę w tym odcinku, bo aż czterokrotnie. Jego pierwszą ofiarą stał się stary znajomy – też będący w fazie schyłku swojej mistrzowskiej kariery – Rich Ace Franklin. Stary znajomy, ponieważ zawodnicy Ci, jak zapewne pamiętacie, spotkali się już wcześniej – na UFC 64. Ace właśnie wówczas stracił swój tytuł mistrzowski na rzecz Spidera. Ale że w kolejnych dwóch starciach odprawił przez TKO Jasona McDonalda, a przez decyzję Yushina Okamin, to organizacja dała mu szansę na rewanż.

UFC 77, w niemal równy rok, po pierwszym starciu, naprzeciw siebie ponownie stają Rich Franklin i Anderson Silva.

Podtytuł Gali – Wrogie terytorium wziął się z faktu, że wielki Silva przyjechał prosto do matecznika Franklina – Cincinnati. Przyjechał, aby ponownie upokorzyć swojego rywala, którego kilka Gal wcześniej po prostu starł na proch.

Sędziuje najlepszy sędzia w historii Big John McCarthy. Dużo szacunku, zanim jeszcze walka się zaczęła – wymiana ukłonów i jedziemy. Let’s get it on.

Szachy, ostrożność w stójce, obwąchiwanie rywala.

Wreszcie bam, bam – trafia Franklin. Silva idzie w klincz, czyli w to, co dało mu sukces na gali 64. Ale tym razem Rich broni się lepiej. Spider przeważa, ale nie udaje mu się rozbić Amerykanina. Próba sił przy siatce trwa dłuższą chwilę, widzowie krzyczą let’s go Franklin, mija kolejna minuta, nagle chwilę po oderwaniu się od rywala Silva wyprowadza piękny obrotowy kopniak na korpus, po chwili dodaje niskie kopnięcie na goleń. Widać że Spider zaczyna się rozkręcać. Franklin oddaje pięściami, ale Anderson zamyka go na siatce i uderza raz za razem.

Przestaje dobrze to wyglądać dla Richa, który do tego momentu wydawał się mieć lepszą odpowiedź dla swojego rywala, niż w ich pierwszej walce. Teraz nieco desperacko spogląda na zegar, ale jest jeszcze półtorej minuty, do końca tej rundy. Ale nagle zbiera się w sobie i wyprowadza kilka dobrych ciosów, widownia odzyskuję wiarę. I wtedy następuje magia. Najpierw legendarne uniki Spidera, kolejne ciosy Amerykanina młócą powietrze, potem latające kolano, backfist, wreszcie mordercze uderzenia w klinczu.

Tak jak w 2006 roku kolejne ciosy sprowadzają Ace’a na ziemię, pada z nienaturalnie rozkraczonymi nogami, ale jeszcze ratuje go gong.

Tylko czy będzie miał siły, żeby wrócić na drugie starcie? Wydaje się być naruszony, niczym Borys przez Soldicia. Z trudem wstaje, Matt Hume odprowadza go i sadza na krześle. Minuta mija błyskawicznie. Znów stają naprzeciw siebie, Silva zagrzewa kibiców rywala do głośnego dopingu dla niego – cóż za klasa. Goldberg rzuca fantastyczne zdanie – okej, wrócił do siebie, ale walcząc z Silvą możesz zacząć mieć wrażenie, że Twój koniec jest tylko kwestią czasu.

Dobrze powiedziane. Anderson zasłania się przed kolejnymi ciosami, świetnie pracując gardą w stójce. Franklin napiera i bam kolano znikąd ląduje na twarzy Amerykanina. Chwieje się. Kolejne kolana, pięści i znowu kolana lądują na głowie, korpusie i twarzy Richa. Pada i już w tej walce się nie podniesie. Niesamowity Brazylijczyk wygrywa na wrogim terytorium, ale jego klasę i umiejętności docenia amerykańska widownia. Jak można byłoby inaczej? Przecież oglądali artystę.

Anderson Silva broni swój tytuł i idzie za ciosem

Na UFC 82 Pride of a champion pokonuje legendarnego mistrza Pride – Dana Hendersona. Po nim już w pierwszej rundzie nokautuje Jamesa Irvina. Cały opisywany w tym odcinku okres również zamyka walka największego artysty oktagonu w całej jego historii – na UFC 90 ofiarą Spidera zostaje Patrick Cote. W jakim momencie swojej kariery byli dwaj spośród trzech contenderów (Irvin niekoniecznie zasłużył na title shot)? Henderson w 2006 pokonał Belforta i Wanderleia Silvę. Jego rekord przed walką z Silvą wynosił 22-6, a porażek doznawał niemal zawsze z rąk wielkich – Rampage’a, Wanderleia, Nogueiry (dwukrotnie), czy Ricardo Arony.

Cote był na fali pięciu zwycięstw z rzędu, w ramach której odprawił m.in. Kendalla Grove’a, czy Ricardo Almeidę. Równocześnie obaj, kiedy stawali naprzeciw Andersona stawali się bezbronni niczym dzieci. Spider nie tylko był najlepszy, ale również wydawał się być nie do pokonania, wręcz nie do trafienia. Z genialnym balansem, pracą nóg, z niesamowitą umiejętnością dostosowywania się do stylu walki rywala. Kogoś takiego w oktagonie nigdy wcześniej i chyba wciąż nigdy później, nie widziano (chociaż Adesanya jest na dobrej drodze). Do stójki dokładał świetne BJJ, o czym boleśnie przekonał się Henderson, a wiele lat później Chael Sonnen. Spider w tamtym momencie i przez kilka kolejnych lat był najlepszy. Kropka.

Przeczytaj również: Upadek starych mistrzów.

Kategorie
FelietonUFC

Napisz komentarz

*

*

Powiązane